Articles for Christians at TrueChristianity.Info. „Padre Pio jest mój!”  Christianity - Articles - Temat numeru
Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną.                Nie będziesz wzywał imienia Boga twego nadaremno.                Pamiętaj, abyś dzień święty święcił.                Czcij ojca swego i matkę swoją.                Nie zabijaj.                Nie cudzołóż.                Nie kradnij.                Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu.                Nie pożądaj żony bliźniego swego.                Ani żadnej rzeczy, która jego (bliźniego) jest.               
Portal ChrześcijańskiPortal Chrześcijański

Chrześcijańskie materiały

 
„Padre Pio jest mój!”
   

Świadectwo,
Miłujcie się! 3/2002 → Temat numeru



W roku 2000 spędzaliśmy wraz z mężem i dziećmi wakacje na Półwyspie Gargano. Kilka miesięcy wcześniej nieprzypadkowo wybraliśmy to miejsce. Chcieliśmy poznać prawdziwe Włochy.

 Miejsca, gdzie je się chleb, wypiekany podług dawnej receptury, owoce mają swój nadany przez Boga smak, słonecznym rankiem na wzgórzach słychać dzwonek na szyi osiołka i gdzie bez trudu znaleźć można zaciszną spokojną plażę. Był jeszcze Ktoś, dzięki komu Gargano nie był dla mnie tylko jednym z wielu atrakcyjnych włoskich miejsc, tym Kimś był Ojciec Pio.

Interesował mnie już od dawna. Jeszcze w czasie studiów, na początku lat osiemdziesiątych, mama podarowała mi niewielką książeczkę i powiedziała: – Przeczytaj, to o Ojcu Pio, urodził się tego samego dnia miesiąca, co ty. I to dopowiedzenie sprawiło chyba (o ludzka próżności!), że tendencyjnie nie odłożyłam książki na jakieś dalekie „potem”.

Zafrapował mnie Ojciec Pio, a im więcej o nim wiedziałam, tym stawał mi się bliższy. Podziwia

łam wszystko to, co tworzyło jego świętość: dobroć, pokorę, ofiarność, odwagę całkowitego – aż do Jezusowego cierpienia – oddania się Bogu, umiejętność czynienia cudów; przerażały opisy zajadłych ataków szatana. Z drugiej zaś strony zwyczajnie po ludzku polubiłam tego Bożego optymistę, człowieka pogodnego pomimo cierpień, świętego figlarza. Jego wypowiedzi pomagały mi żyć, bo często odpowiadały na natrętnie powracające pytania. Jak funkcjonować we współczesności, by nie zasmucać Boga? – „Zapanować nad sobą, przezwyciężyć naturę, mieć dobre intencje, to prowadzi do przypodobania się Bogu. To wystarczy – rzekł komuś – by zostać świętym.” Jakich grzechów już nie dostrzegamy, bo poprzebieraliśmy je w fatałaszki cnót i pozorów dobra? – Uczucie melancholii i zniechęcenia uważał za największe zagrożenie dla ludzkich serc.

„Zwalczać je należy – zalecał – nieustannym pamiętaniem, że Bóg nas kocha, że mimo naszych grzechów toleruje nas i nie karze”. Jak wyrzucić z serca i głowy „cały ten zgiełk” i osiągnąć skupienie w modlitwie? Odpowiedzi były zawsze sformułowane klarownie i jasno, a modlitwy do Boga proste, pozbawione patosu i nadmiernej ornamentyki słownej. Przemawiał do mnie, przybliżał mi Pana, jak nikt wcześniej. Oglądając zdjęcia przedstawiające jego postać, odczuwałam tkliwość i wzruszenie, patrząc na jego twarz, zawsze miałam namacalne wręcz uczucie fizycznej obecności Jezusa. Stał mi się tak bliski, że często pytałam go w myślach: „Dobrze zrobiłam, Ojcze Pio?.. Co o tym sądzisz?...” Modliłam się do niego, czasem może nawet zbyt bezpośrednio i bezczelnie (“Ojcze Pio, pomóż mi, przecież oboje urodziliśmy się 25 maja.”),

zawierzałam wszystkie sprawy, prosząc o wstawiennictwo u Pana Boga. I choć wiedziałam, że po śmierci pojawia się nadal, „chociażby jedynie” w postaci zapachu, i że powiedział kiedyś „Będę mógł uczynić dla was znacznie więcej, kiedy będę w niebie, niż teraz, gdy żyję na tej ziemi”, to zazdrościłam wszystkim tym jemu współczesnym, którzy mogli zobaczyć go, porozmawiać wyspowiadać się...

W niedzielny lipcowy poranek wybraliśmy się do San Giovanni Rotondo. Jadąc krętą serpentyną i mijając wypalone słońcem jałowe zbocza z porosłymi gdzieniegdzie oliwnymi drzewkami, poczułam ogromną radość i wzruszenie zarazem, a był to ten rodzaj uczuć, jakich doznaje się, gdy spieszymy na spotkanie z kimś, kogo dobrze znamy, kochamy i kogo dawno nie widzieliśmy.

A więc jesteśmy w San Giovanni Rotondo. Pośród ogromnych tłumów udało nam się znaleźć i pomodlić przed grobem Ojca Pio, a także zobaczyć wszystkie te miejsca i rzeczy, które wpisane były w jego świętą codzienność: kaplicę, konfesjonał, celę, krzyż na chórze, przed którym oddał się cały Bogu za ludzi i obdarowany został stygmatami, przejścia, korytarze, schody... Raz płacząc, to znowu śmiejąc się głęboko w sercu, jak nigdy przedtem rozmawiałam z Ojcem Pio. Prosiłam go o pośrednictwo w intencji mojego męża, dzieci, całej rodziny, dziękowałam za wszystkie łaski, za możliwość przybycia tutaj i – niepewna – pytałam Ojca Pio, czy w jakiejś dziedzinie nie błądzę, czy podążając drogą wiary, nie idę czasami poboczem – jedna noga na ścieżce, druga gdzieś w chwastach...

Opuszczając San Giovanni Rotondo czułam się jak po sakra

mencie pokuty. Wiedziałam, że nie przypadkiem znaleźliśmy się w tym miejscu całą rodziną – wszyscy wracaliśmy jacyś inni: oczyszczeni, odmienieni, życzliwsi, otwarci na działanie Boga, bardziej zakochani w Nim i w sobie nawzajem. Pomyślałam, że w Roku Jubileuszowym Pan Bóg zaprosił naszą rodzinę w to miejsce nieprzypadkowo, a zaproszenie podał przez Ojca Pio.

Tego dnia pojechaliśmy jeszcze nad morze, dzieci hasały w wodzie, jak zwykle opalaliśmy się, korzystaliśmy z tego, czym obdarował nas tutaj Pan. Pomału zapominałam o wizycie u Ojca Pio.

Po powrocie znad morza zabraliśmy się z mężem za mycie dzieci, przygotowanie kolacji, rozwieszenie mokrych ręczników i strojów. Ostatnia wyszłam z łazienki, rodzina czekała już z kolacją. Weszłam do pokoju i.... Poczułam przepiękny zapach kwiatów – może lilii, bzu, róż, fiołków, żonkili? Może, bo trudno go rozłożyć na czynniki pierwsze, te ponazywać i dać matematyczną odpowiedź. Woń była przepiękna, nieznana mi dotąd, przejmująca, dająca uczucie pokoju, radości i lekkości. Trudno było znaleźć miejsce, skąd zapach mógłby dochodzić. Zadziwione dzieci stwierdziły, że zaczęły pachnieć kwiaty na obrazie (martwa natura z astrami i jesiennymi liśćmi). A ja wiedziałam – on tu po prostu jest, jest tu Ojciec Pio. Pobył z nami około kwadransa, może pół godziny, potem równie nagle odszedł, pozostawiając w sercu uczucie święta.

Nie pamiętam już smaku chleba

i pomarańczy z Gargano, zapachu morza i dźwięku dzwonka – tego z szyi osiołka – pozostało w sercu uczucie święta Bożej miłości. Ono trwa dla na cały czas.

„Należę całkowicie do każdego. Każdy rzec może: Padre Pio jest mój.”

 Agata

Zamów prenumeratę

Jeśli jesteś zainteresowany pobraniem całego Numeru w formacie PDF



Artykuł opublikowany za zgodą Miłujcie się! w listopadzie 2010 r.


Czytaj inne artykuły Chrześcijańskie po Polsku


Top

Poleć tę stronę znajomemu!


Przeczytaj teraz: