Articles for Christians at TrueChristianity.Info. Powiedziałem "tak" Christianity - Articles - Miłosierdzie Boże
Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną.                Nie będziesz wzywał imienia Boga twego nadaremno.                Pamiętaj, abyś dzień święty święcił.                Czcij ojca swego i matkę swoją.                Nie zabijaj.                Nie cudzołóż.                Nie kradnij.                Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu.                Nie pożądaj żony bliźniego swego.                Ani żadnej rzeczy, która jego (bliźniego) jest.               
Portal ChrześcijańskiPortal Chrześcijański

Chrześcijańskie materiały

 
Powiedziałem "tak"
   

Świadectwo,
Miłujcie się! 4/2007 → Miłosierdzie Boże



Jestem z pochodzenia Żydem. W wieku 29 lat byłem już dość znanym pianistą. Pomimo jednak tego, że moja muzyczna kariera rozwijała się dobrze, znalazłem się wówczas w dramatycznej sytuacji osobistej. W sytuacji, która wydawała mi się zupełnie bez wyjścia. Moja siostra, która w tym czasie mieszkała w Anglii, była zaangażowana w charyzmatyczny ruch Odnowy w Duchu Świętym. Ona to właśnie pośrednio zorganizowała moje spotkanie z pewnym Irlandczykiem, który również przebywał wtedy w Anglii.

Był to człowiek świecki, mąż i ojciec rodziny, animator w tej charyzmatycznej wspólnocie. Znany był on z racji swej posługi uzdrawiania i z daru rozeznawania. I pomimo całej swojej obojętności czy wręcz alergii na sprawy religijne zgodziłem się z nim spotkać: byłem już bardzo zmęczony targającymi mną akurat wtedy duchowymi rozterkami. Człowiek ten przybył na pielgrzymkę do Lourdes (oczywiście ja nie brałem udziału w tej pielgrzymce) i w powrotnej drodze – zamiast od razu wracać do Anglii – zgodził się wielkodusznie na odwiedzenie mnie na przedmieściach Paryża.

To spotkanie okazało się niezwykle istotne dla mego życia duchowego. Człowiek ten mówił mi bowiem o Jezusie tak, jak nikt dotąd mi o Nim nie mówił. Poprzez swój wielki zapał i swoje przekonanie sprawił, że zacząłem myśleć o apostołach, o tym, w jaki sposób są oni opisani w Dziejach Apostolskich. Mój gość był przepełniony wiarą, która wręcz promieniowała z niego, a wszystkie słowa wypowiadał z tak wielką pewnością, że czułem się przy nim bezpiecznie. I kiedy mi mówił o Bogu, o Jezusie i Kościele, byłem bardzo wzruszony. Nie chciałem się oczywiście poddać od razu, więc zacząłem go bombardować pytaniami – takimi zwyczajnymi, normalnymi pytaniami, które odzwierciedlają wszystkie stare przesądy na temat Kościoła: o inkwizycję, o dążenie ludzi Kościoła do władzy i, rzecz jasna, o antysemityzm w środowiskach chrześcijańskich. Mój rozmówca absolutnie nie negował tego wszystkiego, miałem jednak wrażenie, że układał te kwestie na właściwym dla nich miejscu; widziałem zarazem, że był zdolny do pokazania mi piękna Kościoła – pomimo tych wszystkich ciemnych momentów w jego historii.

Byłem wtedy bardzo poruszony wewnętrznie. Opierałem się jeszcze, ale powoli zaczynałem wierzyć. Wieczorem mój rozmówca zaproponował modlitwę za mnie. Modlił się tak, jak zwykło się modlić w Odnowie w Duchu Świętym – nakładając mi ręce na głowę i przywołując Ducha Świętego. Wprawdzie w tym momencie absolutnie nic nie poczułem, jednak w nocy nastąpiło wydarzenie decydujące o moim życiu. Leżałem w łóżku i nagle zostałem ujęty przez jakąś irracjonalną, niewytłumaczalną trwogę. Było to tak, jakby nagle jakaś ciemna obecność położyła się cieniem na całe moje mieszkanie. Spanikowałem. Nie była to jednak panika ani trwoga czysto psychologiczna – po prostu w sposób niemal namacalny czułem wtedy przy sobie jakąś obecność, która była źródłem mojego strachu. I w tej trwodze po raz pierwszy zacząłem wołać do Pana: „Mój Boże, jeżeli istniejesz, jeśli prawdą jest wszystko to, co usłyszałem dziś po południu, to ukaż mi się, proszę, ponieważ ja nie mogę już tak dłużej!”. I zaledwie wypowiedziałem tę modlitwę, poczułem pokój o nadnaturalnym charakterze – jak jakiś welon kojącego światła, który powoli na mnie zstępował. Owa ciemna obecność natychmiast znikła i w tym głębokim pokoju zasnąłem. Obudziłem się już jako człowiek rzeczywiście wierzący, wiedząc, że owej nocy Bóg mocno wtargnął w moje życie. To był punkt zwrotny w moim życiu: ta trudna sytuacja, o której wspomniałem na początku, rozwiązała się w sposób nadprzyrodzony, podczas gdy z ludzkiego punktu widzenia nie było z niej żadnego wyjścia. Pan zadziałał z mocą i sytua­cja się rozwiązała.

Wiele miesięcy później zapragnąłem pójść dalej w swoim życiu duchowym. Udałem się wówczas do pewnego francuskiego klasztoru w górach, aby się modlić. (Oczywiście jeszcze wtedy nie byłem ochrzczony – byłem dopiero człowiekiem poszukującym). Wprawdzie miałem już za sobą pierwsze „wtargnięcie” Boga w moje życie, pragnąłem jednak czegoś więcej. Odczuwałem naprawdę szczerą chęć spotkania się z Jezusem, dlatego też wiele się o to modliłem w tym klasztorze. Ósmego dnia mego pobytu (był to szczególny dzień – 25 marca, a więc Zwiastowanie) doszło do – tak bardzo przeze mnie wyczekiwanego – mojego spotkania z Chrystusem. Uczestniczyłem wówczas w porannej Mszy św., naturalnie bez przystępowania do Komunii św.; mnisi śpiewali, w powietrzu unosił się zapach kadzidła... Wszystko to wydawało mi się bardzo proste i zarazem jakoś tak wewnętrznie piękne. I teraz mogę zaświadczyć, że wręcz fizycznie poczułem obecność Jezusa, który po prostu „wszedł” we mnie. Poczułem się odmieniony, jak zupełnie nowa osoba. To tak, jakby Jezus w jednej chwili ustanowił we mnie nowe fundamenty.

To się zdarzyło wprawdzie już dawno – ponad 28 lat temu – lecz nigdy nie wątpiłem o autentyczności tego duchowego doświadczenia. Jezus tego dnia wszedł we mnie i stałem się nową istotą. To właśnie w taki sposób zostałem napełniony bardzo głęboką, instynktowną miłością do Kościoła katolickiego. Wszystkie moje stare przesądy nagle wyparowały, jak gdyby jakiś głos we mnie powiedział: „To w Kościele katolickim odnajdziesz pełnię Objawienia”. A także: „To w Kościele katolickim odnajdziesz wszystkie potrzebne środki prowadzące do zbawienia – to znaczy sakramenty”. Owego właśnie dnia ostatecznie powiedziałem „tak” Kościołowi katolickiemu, mimo że bardzo jeszcze niewiele wiedziałem o tym, czym w ogóle Kościół jest, jakie są jego dogmaty i czego naucza w kwestiach moralności.

Wróciłem do Paryża pełen radości. Spotkałem tam pewnego księdza z Odnowy w Duchu Świętym w bazylice Montmartre. Zaświadczyłem przed nim o tym wszystkim. Duchowny ów, po wysłuchaniu mnie, postawił mi pytanie: „Kiedy zaczniemy przygotowywać się do chrztu?”. Byłem bardzo zdziwiony, kiedy to usłyszałem, gdyż nie oczekiwałem, że to może nastąpić tak szybko. Kapłan ów wyraził jednak przekonanie, że ten moment właśnie nadszedł. Dla niego nie było bowiem wątpliwości, że ja podczas swej modlitwy w klasztorze przeżyłem to, co w Odnowie nazywa się wylaniem Ducha Świętego: spotkanie z Chrystusem i głęboką miłość do Kościoła katolickiego. Rozpocząłem więc wtedy swoją duchową wędrówkę, to znaczy katechumenat. I na kilka dni przed Bożym Narodzeniem 1977 r., mając 30 lat, zostałem ochrzczony w krypcie bazyliki Montmartre.

Jak więc widzicie, Najświętsze Serce Pana Jezusa bardzo szybko przyciągnęło mnie do siebie. Na swego ojca chrzestnego wybrałem oczywiście owego Irlandczyka mieszkającego w Anglii, o którym wspomniałem wcześniej. On to bowiem był wspaniałym „instrumentem” w ręku Boga i przyczynił się do mojego nawrócenia. Oczywiście była wtedy obecna także moja siostra, pełna radości, choć nie ukrywająca zaskoczenia. Wcześniej miała zwyczaj mówić z humorem, że w naszej rodzinie chrześcijaninem być może stanie się ojciec („ponieważ on ma wielką wrażliwość duchową”) i ewentualnie („ale długo potem”) matka. „Lecz jeśli chodzi o mojego brata – mawiała – to on może się i nawróci, ale tylko na łożu śmierci”. Dlatego właśnie była tak mocno zdziwiona faktem, że to właśnie ja nawróciłem się zaraz po niej, jako drugi w rodzinie. Nasi rodzice nigdy nie zrobili żadnego kroku w stronę przyjęcia chrztu; mimo to widać było ich wzruszenie w czasie tej uroczystości i z pewnością dzięki temu wydarzeniu dokonali jakiegoś postępu w sferze ducha. Ja natomiast mogę zaświadczyć, że dopiero od momentu przyjęcia sakramentu chrztu zacząłem naprawdę żyć. Wprawdzie w dalszym ciągu dawałem koncerty, ale już o wiele mniej niż przed nawróceniem, ponieważ moim pierwszym pragnieniem była chęć pogłębienia swojej wiary przez intensywniejszą modlitwę, studium Pisma św. oraz poznawanie moralnej i społecznej nauki Kościoła katolickiego.

W owym czasie odczułem dyskretny głos wewnętrzny, który postawił mi dwa pytania. Pierwsze z nich brzmiało następująco: „Czy chcesz Mnie kochać?”. Odpowiedziałem: „Tak”. Nastąpiła cisza. Potem padło drugie pytanie: „Czy chcesz pokazać także innym, jak bardzo ich kocham?”. I wtedy właśnie pojąłem, że chodzi tu o moje powołanie do stanu duchownego. Miałem tę wielką łaskę, że mogłem na to odpowiedzieć „tak” – w pokoju i w całkowitej wolności ducha. Zgadzałem się z radością, mimo iż wiedziałem, że będzie to zarazem koniec mojej muzycznej kariery: nie można przecież być jednocześnie koncertującym pianistą i katolickim księdzem. Jednakże wbrew pozorom wejście w stan duchowny nie stanowiło dla mnie jakiegoś nadzwyczajnego dylematu. Przeciwnie: zupełnie naturalne wydawało mi się to, że Pan, prowadząc mnie najpierw przez lata muzykowania, teraz powołuje mnie, nawróconego Żyda, do kapłaństwa w Kościele katolickim. I wtedy to właśnie rzeczywiście powiedziałem Panu „tak”, bez jakich­kolwiek dalszych rozterek i skrupułów. Ostatni koncert dałem w roku 1981, tuż przed rozpoczęciem swej formacji teologicznej. Wówczas to wstąpiłem do wspólnoty „Emanuel” i właśnie na łonie tej wspólnoty zostałem wyświęcony na kapłana, w bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa w Parey-le-Monial. Nastąpiło to w końcu maja 1986 r. i była to oczywiście uroczystość pełna radości. Przybyli na nią również moi rodzice, mimo że wówczas w ogóle się nie identyfikowali z wiarą katolicką. Od tamtej pory jestem w miejscu, które się nazywa Stolicą Serca Jezusowego (wcześniej przez 5 lat sprawowałem swoją kapłańską posługę w Paryżu).

Na koniec chciałbym Wam opowiedzieć jeszcze o innym swoim doświadczeniu. Otóż w czasie nawrócenia przeżyłem jakiś wielki niesmak, wręcz obrzydzenie, w stosunku do muzyki. Zajmowała ona wprawdzie niezwykle istotne miejsce w latach mojej młodości, jednakże kiedy w końcu odkryłem Tego, który jest Autorem wszelkiego piękna, miałem tylko jedno jedyne pragnienie: spędzać cały swój czas razem z Nim i studiować słowo Boże. Z najwyższym więc trudem znosiłem długie godziny przy fortepianie; musiałem wszakże to czynić, ponieważ miałem umówione koncerty. Na szczęście podczas pewnego bardzo ważnego występu Pan mnie pocieszył; doznałem duchowego przełomu i w czasie owego koncertu odczułem nieodpartą potrzebę nieustannej modlitwy wewnętrznej; ponadto kiedy grałem, przed oczami przesuwało mi się wiele różnych religijnych obrazów, związanych z Biblią i z Jezusem. I w ten oto sposób zacząłem grać, wiążąc muzykę z pomaganiem ludziom poprzez modlitwę.

Swoje świadectwo pragnę zamknąć następującym wnioskiem: dzięki Jezusowi Chrystusowi i Kościołowi na nowo odkryłem swą żydowską tożsamość. To właśnie Pan Jezus wraz z Duchem Świętym objawił mi, co to znaczy być Żydem i jednocześnie kapłanem w Kościele katolickim.

ks. Jean-Roudolph Kars (tłum. ks. A. Trojanowski TChr)

Zamów prenumeratę

Jeśli jesteś zainteresowany pobraniem całego Numeru w formacie PDF



Artykuł opublikowany za zgodą Miłujcie się! w listopadzie 2010 r.


Czytaj inne artykuły Chrześcijańskie po Polsku


Top

Poleć tę stronę znajomemu!


Przeczytaj teraz: