Chrześcijańska biblioteka. Boska Komedia. Raj: Pieśń XXI. Chrześcijaństwo, katolicyzm, ortodoksja, protestantyzm. Boska Komedia.
Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną.                Nie będziesz wzywał imienia Boga twego nadaremno.                Pamiętaj, abyś dzień święty święcił.                Czcij ojca swego i matkę swoją.                Nie zabijaj.                Nie cudzołóż.                Nie kradnij.                Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu.                Nie pożądaj żony bliźniego swego.                Ani żadnej rzeczy, która jego (bliźniego) jest.               
Portal ChrześcijańskiPortal Chrześcijański

Chrześcijańskie materiały

 
Raj: Pieśń XXI
   

Spis Treści: "Boska Komedia"


7. Saturn: święci kontemplacyjnego życia. Duchy tworzą drabinę. Zakończenie materii o błogosławieństwie niechrześcijan. Damiani przemawia przeciw urągającemu z przykazań bożych wyższemu duchowieństwu.

Znów moje oczy, z nimi dusza cała

Do mojej pani odwrócone były,

Całą uwagę tylko w niej utkwiły:

Ona uroczo więcej się nie śmiała:

«Gdybym uśmiechem błyszczącym za wiele

Tu zaświeciła,» rzekła Beatryce:

«Spłonąłbyś cały na proch jak Semele,

Bo piękność moja w blask rośnie stopniami,

Ile, coś widział w ciągu naszej jazdy,

Wstępujem dworca wiecznymi schodami,

Gdybym ci blasku jej nie złagodziła,

Tu wystawiona na jej błyskawice

Tak by zwietrzała twa śmiertelna siła

Jak liść piorunem okruszony z drzewa.

Jużeśmy przyszli aż do siódmej gwiazdy,

Co pod lwa piersią swe żary zagrzewa,

Które łagodząc z nim przyświeca ziemi.

Myśl twoją ciskaj za oczyma twymi,

A zrób zwierciadło z oczu dla obrazu,

Co się w nich cały odbije do razu».

O! Kto by wiedział, jak strzelistym okiem

Błogosławionym pasłem się widokiem,

W chwili gdy wzrok mój oderwałem od niej,

Przyzna, że trudno być posłusznym godniej

Pani, co wagą łaski nad swym sługą

Równoważyła jedną rozkosz drugą.

W planecie, który świat biegiem okola,

Noszącym imię kochanego króla,

Pod którym ziemskie zło jak trup zastygło.

Widziałem długą drabinę, bez końca

Z barwą pozłoty od promienia słońca,

Szczebli jej wyższych oko nie dościgło.

Widziałem światła po szczeblach schodzące,

Patrząc, myślałem, że z niebios zasłony

Zarazem świateł wybłysło tysiące.

A jak z nałogu przyrodnego wrony,

Gdy świta ranek, skrzydłami trzepocą,

Grzejąc nastygłe skrzydła chłodną nocą,

Jedne daleko lecą bez powrotu,

Drugie tam, skąd się zerwały do lotu,

Te w miejscu krążą; w takim ciągłym ruchu

Snuły się światła drabiną rozległą,

Nim każde szczebla pewnego dobiegło.

To, co na szczeblu najwyższym stanęło,

Tak promienisty blask rzucać poczęło,

Ażem rzekł w sobie: «Co ciebie natchnęło

Miłością, jaką objawiasz mi, duchu!»

Lecz ta, od której zależą rozkazu

Milczenie moje, głos mego wyrazu,

Milczała ciągle, ja pytać nie śmiałem.

Potem, gdy w moim milczeniu wyśledzi

Oczyma Tego, który wszystko widzi,

Chęć, co przez słowa objawić się wstydzi,

Rzekła: «Niech twoja żądza swym upałem

Sama stopnieje». Więc tak się ozwałem:

«Lubom nie godzien twojej odpowiedzi,

W imię tej, która mówić mi pozwala,

Szczęśliwa duszo! Z twej światłości środka,

Jaką radości skra w tobie zapala,

Mów, czy cię do mnie zbliża pociąg dzielny,

Mów, za co w raju melodyja słodka

Nagle w tej sferze swój akord urywa,

Gdy tak pobożnie niżej go wygrywa?»

«Ty masz podobnie słuch jak wzrok śmiertelny»

Odpowiedziała: — «tu nikt z nas nie śpiewa

Dla tej przyczyny, co i Beatryce

Kryje uśmiechu swego błyskawice.

Schodzę tak nisko świętymi szczeblami,

Aby ci duszę ugościć godami

Słowa i światła jakie mnie odziewa:

Schodzę, nie żebym kochała cię więcej,

Wzwyż tak kochają, a może goręcej,

Co świadczą światłem rzęśniejąc bogatem;

Lecz miłość wielka, przez którą pobożnie

Służymy Woli rządzącej wszechświatem,

Nas, jako widzisz, umieszcza tu różnie.»

— «O święte światło!» rzekłem «Na tym dworze

Wiecznego króla widzę miłość wolna

Posługom niebios wystarczyć jest zdolna;

Lecz tego moja myśl pojąć nie może,

Dlaczego jedna ze współświateł grona

Na tę posługę byłaś przeznaczona?»

Jeszcze nie były słowa domówione,

Światło krążyło jak koło we młynie,

Miłość tak w jego mówiła średzinie:

«Tu światłość boża na mnie promień ciska,

Który przenika mych blasków zasłonę,

Moc jej i wzrok mój razem zespolone

Tak mnie podnoszą, że gdy wzrok wytężę,

Arcytreść widzę, gdzie ta moc się lęże.

Iskrę wesela, co ze mnie wybłyska,

Biorę, zapalam u tego ogniska,

Ponieważ jasność mych promieni żywa

Jasności wzroku mego dorównywa.

Duch, co najwięcej rozjaśnia się w niebie,

Seraf, co z wiedzą wielką i szeroką

Najwięcej w Bogu zagłębił swe oko,

Nie zaspokoi odpowiedzią ciebie,

Jeśli to, o co pytasz, tak zapada

W otchłań tajemnic, jak rzecz zakazana,

Której stworzony wzrok nigdy nie zbada.

Gdy cię powita twa ziemia kochana,

Odnieś to ludziom, aby nie ufali,

Że mogą sami w tym celu iść dalej.

Duch, dym na ziemi, tu zaś światło boże,

Czyż tam to mógłby, czego tu nie może,

Chociaż go niebo podniosło dość sporo?»

Tak mnie wstrzymała tych mądrych słów siła,

Żem przestał badać i tylko z pokorą

Świętej światłości spytałem: «Kto była?»

«Gdzie skały między dwoma Włoch brzegami

Tak wysokimi jeżą się garbami,

Że często chmura grzmi pod ich stopami;

Gdzie jest garb skały Katrija nazwany,

Klasztor daleko białym murem świeci,

Na cześć jednego Boga zbudowany».

Tak odpowiedział duch mi po raz trzeci,

I mówił dalej: — «Tam na służbie bożej

Tak się wzmocniłem, że choć chłód się sroży,

Upał doskwiera, brałem to za jedno,

Chleb mi z oliwą był strawą powszednią,

Wszystko z łagodnym znosiłem wytrwaniem,

Wesół i syty świętym rozmyślaniem.

Klasztor ten żyzną był dla niebios niwą,

Dziś daje szczupłe albo żadne żniwo.

W tym miejscu byłem, Piotr Damian na imię

Gdy drugi, Piotrem przezwany grzesznikiem,

Mieszkał w Rawennie, nad Adryjatykiem.

Już byłem ciężki wiekiem, gdy mi w Rzymie

Kazano w owym kapeluszu chodzić,

Co ze złych w gorsze zwykł ręce przechodzić.

Piotr, Paweł, oba chudzi, bosonodzy,

Żyli żebranym chlebem jak ubodzy;

Gdy teraz wasi pasterze współcześni,

Zwani duchowni, a w rzeczy cieleśni,

Tak sytych stołów zatyli rozkoszą,

Że ich pachołki z siedzenia podnoszą;

Gdy na koń siędą nie o swojej sile,

Koń stąpa cały zakryty purpurą,

Jakby z nim człowiek szedł pod jedną skórą;

O cierpliwości, co pobłażasz tyle!»

Na te jej słowa liczne światła boże

Do niej ze szczebli na szczeble zbiegały,

Iskrząc się piękniej za każdym obrotem;

A stając przy niej taki krzyk wydały,

Jaki się z niczym porównać nie może;

I nic w tym krzyku nie słyszałem potem,

Tak byłem jego zagłuszony grzmotem.


Spis Treści: "Boska Komedia"

Pobierz: "Boska Komedia"

Źródło: http://wolnelektury.pl

Читайте також: Данте Аліг'єрі. Божественна комедія.

Читайте также: Данте Алигьери. Божественная комедия.


W górę

Poleć tę stronę znajomemu!

Przeczytaj teraz: